Gdy zobaczyłam nowość od jednej z moich ulubionych firm, bez wahania wrzuciłam ją do koszyka. Wcierka Joanna Power Hair została okrzyknięta zamiennikiem słynnej wcierki Rzepa. Rzepę miałam okazję używać i ta recenzja zweryfikuje, czy w moim odczuciu ów slogan jest słuszny. Zdradzę Wam już na wstępie, że z Power Hair nie jestem zadowolona i ogromnie się zawiodłam. Jak zwykle, oczekiwałam cudów, a nic z tego nie wyszło.
Jeśli chcecie poznać skład wcierki, odsyłam Was TUTAJ. Ja swoje opakowanie wyrzuciłam już dawno więc muszę skorzystać z dorobku innej Blogerki.
Wcierkę zdenkowałam, używałam jej skrupulatnie, przez około dwa miesiące. Kupiłam ją na początku wypadania włosów. Liczyłam, że zahamuje to zjawisko. Nic bardziej mylnego. Wcierka mi nie pomogła w niczym. Miałam wręcz wrażenie, że wypadanie się nasiliło. Wraz ze stosowaniem wcierki zaobserwowałam u siebie łupież, nie jestem w stanie stwierdzić, czy miało to związek z jej używaniem, jednak nie mogę tego wykluczyć. Na plus działa opakowanie, które zużyję do stosowania wcierki Saponics.Wcierka również ładnie pachniała. I to by było na tyle. Włosy wypadały nadal, zwiększonego porostu nie zauważyłam. Nie zgadzam się z tym, że jest ona zamiennikiem Rzepy. Rzepa wypadła o wiele lepiej, porost został przyspieszony. Podsumowując, nie polecam Wam zakupu tej wcierki. Choć jestem ciekawa, jak sprawdzają się pozostałe produkty z tej serii.
