piątek, 20 marca 2015

Garnier Fructis Goodbye Damage- czy zdetronizowała siostrę Oleo Repair?

Cześć :) Co u Was słychać? Miałam regularnie pisać, ale znów dopadło mnie choróbsko. W ciągu półtora miesiąca jestem chora po raz trzeci. Możecie mi wierzyć na słowo, że mam serdecznie dość. Ale cóż, nic na to nie poradzę. Dziś przychodzę do Was z recenzją odżywki, z którą wiązałam ogromne nadzieje. Po tym jak oczarowała mnie jej siostra Oleo Repair, spodziewałam się jeszcze lepszego efektu po Goodbye Damage. Czytałam wiele pozytywnych recenzji o niej więc jeśli jesteście ciekawe, czy moja taka będzie- zapraszam :)


Obietnice producenta: 


Skład:


Opis producenta i reklamy tego typu wprawiają mnie w bardzo dobry humor w ironicznym znaczeniu. "Rok uszkodzeń naprawiony w tydzień"? Dobry żart. Odżywka działa cuda- czym prędzej farbujmy, rozjaśniajmy, prostujmy, lokujmy (najlepiej wszystko na raz), przecież wystarczy tydzień i włosy będą jak nowe. Ha ha ha. Choć z pewnością znajdą się osoby, które łykną kit producenta, ja kiedyś też wierzyłam w cuda. Ale przestałam. Rozumiem ideę reklamy, ale bez przesady. Jeśli chodzi o walory techniczne odżywki, znajdziemy ją w większości drogerii i marketów, ja swój egzemplarz kupiłam w Biedronce. Pojemność to 200 ml, czyli standardzik dla większości odżywek. Cena oscyluje w granicach 10 zł. Zapach odżywki jest dość charakterystyczny dla linii Fructis- owocowy, całkiem przyjemny, długo utrzymuje się na włosach. W składzie GD znajdziemy oleje, silikony, ekstrakty roślinne, a także garstkę protein. Całkiem przyjemny misz- masz. Działanie odżywki uważam za całkiem przyzwoite. Włosy po jej użyciu są miękkie, delikatne, rozczesują się bezproblemowo, choć w tym aspekcie wygrywa Oleo Repair. Minus daję za to, że mam wrażenie, jakby były z lekka obciążone... Na pewno nie odbudowała rocznych zniszczeń, i to nawet przez pomad miesiąc :P Jest dość wydajna, ale w tej kwestii również wygrywa Oleo Repair, ponieważ starczyła na dłużej i mniejsza jej ilość pokrywała moje włosy. Goodbye Damage muszę użyć dość sporo. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy kupię ją ponownie. Choć nie zrobiła krzywdy moim włosom, to nie zdetronizowała swojej żółtej poprzedniczki. Mam zamiar zaopatrzyć się w kolejną butelkę Oleo Repair, GD może kiedyś powróci na moją półkę. Słowem podsumowania, mogę Wam polecić tą odżywkę, lecz nie nastawiajcie się na spektakularne efekty i obietnice producenta. Ot, zwyczajna emolientowa odżywka. Nie zaszkodzi, ale też nie zdziała cudów, a na pewno nie odbuduje zniszczeń w tak krótkim czasie :)

sobota, 14 marca 2015

Dzień dla włosów. Kallos Keratin- podejście nr 1

Cześć. Wracam do regularnego pisania. Pomysły są, zdjęcia są, mam o czym pisać. Wreszcie mam więcej czasu i pierwsze co zrobiłam, to podjęłam próbę wynagrodzenia moim włosom dwóch tygodni zaniedbania. Nie miałam możliwości nałożenia odżywki/maski na dłużej niż 5 minut, ponieważ włosy myłam jak zawsze rano i nie miałam czasu na dogłębne odżywianie. 


Dzień dopieszczający jak zawsze- rozpoczęłam od olejowania włosów. Na dwie godziny nałożyłam olej z pestek moreli. Po tym czasie umyłam włosy szamponem Babydream.Następnie, po odsączeniu włosów z nadmiaru wody, nałożyłam maskę Kallos Keratin (Dario, dziękuję za odlewkę). Byłam bardzo ciekawa, czy maska się sprawdzi na moich włosach. Wielokrotnie wspominałam, że moje włosy za keratyną nie przepadają. Zdaję sobie sprawę, że stężenie keratyny w Kallosie nie jest tak silne jak np. w maskach Biovax, lecz keratyna to keratyna. Unikam jej jak ognia, powoduje u mnie przesuszenie i nieświeży wygląd. Jak wygląda efekt po Kallosie?







































Powiem tak. Do końca zadowolona nie jestem. Włosy może nie wyglądają źle, ale mi nie odpowiada taki stan rzeczy. W odcinku mniej więcej do ucha jest ok. Niestety, najbardziej zniszczone partie włosów zareagowały spuszeniem i sianowatością. Dam masce jeszcze kilka szans. Spróbuję zrobić jakąś mieszankę, może następnym razem będzie lepiej. Na razie na około tydzień odstawię ją i nie będę do niej wracać. Jeśli chodzi o walory techniczne, maska ma delikatny zapach, gęstą konsystencję, jednak włosy nie rozczesały się tak gładko jak po innych Kallosach. O samej masce napiszę więcej, gdy wykończę buteleczkę z zawartością. Może znajdę na nią jakiś sposób. Tak łatwo się nie poddam :)

A jak u Was sprawdził się Kallos Keratin? Dajcie znać w komentarzach :)

środa, 11 marca 2015

Kallos Milk

Cześć :) Dopadł mnie chwilowy brak czasu. Nie mam czasu porządnie zadbać o siebie, o włosy, mam nadzieję, że skończy się to już w piątek. Nie mam nawet czasu porobić zdjęć, wychodzę dość wcześnie, a gdy wracam, światło nie pozwala na wykonanie dobrych jakościowo. Od poniedziałku zaczynam nowy semestr, praktyki dobiegają końca, same smutki smuteczki. Jednak znalazłam chwilę, by napisać Wam o masce, która zaciekawiła Was najbardziej, wywnioskowałam to z Waszych komentarzy. Zapewne nie będzie dla Was zaskoczeniem, że maska dołączyła do moich włosowych faworytów. Z tego co widziałam, w blogosferze nie znajduje się wiele recenzji owej maski więc mam nadzieję, że moja recenzja okaże się pomocna.




Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Citric Acid, Propylene Glycol, Hydrolyzed Milk Protein, Cyclopentasiloxane, Dimethiconol, Parfum, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolino ne, Methylisothiazolinone

Skład maski prezentuje się całkiem dobrze. Proteiny mleczne znajdują się szóstym miejscu, co uważam za sukces, ponieważ w wielu maskach Kallos tytułowe ekstrakty znajdują się za zapachem, w śladowych ilościach. Porównałam również skład tej maski z wersją Latte oraz Serical Crema al Latte i Kallos Milk wypada najkorzystniej. Poniżej zostawiam Wam linki do składów.


Maski używałam skrupulatnie, mniej więcej 2-3 razy w tygodniu na około 30 minut. Zmobilizowała mnie do tego akcja Anwen. Z maski jestem bardzo zadowolona. Jak wielokrotnie wspominałam, moje włosy nie przepadają za proteinami, jednak ta maska skutecznie mnie do nich przekonała. W tej masce koncentracja protein na pewno nie jest wysoka, ale takie stężenie jak najbardziej odpowiada moim włosom. Jeśli chodzi o działanie, maska genialnie zmiękcza i odżywia włosy. Podczas nakładania czułam jak włosy natychmiast stają się miękkie, delikatne. Rozczesują się bez żadnego problemu. Po użyciu Kallos Milk nie potrzebowałam używać odżywki w sprayu w celu ułatwienia rozczesania włosów, co uważam za ogromny sukces. Po wysuszeniu włosy były wygładzone, delikatne i miękkie. Maska ich nie obciążyła oraz nie przyspieszyła przetłuszczenia. Nie podrażniła również skalpu. Nie zauważyłam puchu i przesuszenia, charakterystycznego dla przeproteinowania. Analizując aspekty techniczne, maska znajduje się w typowym dla Kallosów litrowym słoju. Jej konsystencja jest w sam raz- nie przecieka przez palce, nie jest też galaretą. Świetnie rozprowadza się na włosach. Jest bardzo wydajna. Zrobiłam trzy odlewki, a została mi jeszcze 1/4 opakowania. Najważniejsza- ZAPACH. Budyń śmietankowo- waniliowy. Absolutnie mnie nie męczy, dość długo utrzymuje się na włosach. Podsumowując, maska podbiła moje serce i zamierzam kupić ją ponownie. Jeśli szukacie delikatnej proteinowej maski w dobrej cenie- koniecznie polecam Kallos Milk.

sobota, 7 marca 2015

Marcowy haul

Witajcie Kochane po krótkiej przerwie. Wreszcie poczułam się lepiej, choróbsko znów mnie dopadło. Uciążliwy katar nie pozwolił nawet na korzystanie z komputera. Na szczęście czuję się już w miarę ok i spieszę do Was z małym haulem, który zapowiadałam już jakiś czas temu. Pozycje z mojej wishlisty uległy małej modyfikacji, zapraszam na prezentację nowości. 


Dokonałam małego zamówienia na stronie Urodomania.com, gdzie zdecydowałam się na powiększenie asortymentu kolorówki. Wspominałam Wam, iż zamierzam udoskonalić moje makijażowe umiejętności, dlatego wybór padł na następujące produkty. Paletki Makeup Revolution Iconic 3 oraz Essential Mattes. Niestety, nie mogę Wam więcej o nich powiedzieć, ponieważ jak dotąd użyłam dopiero dwóch odcieni matowych. Katar i łzawiące oczy uniemożliwiły bardziej zaawansowany makijaż. Recenzje z pewnością pojawią się za jakiś czas. Aby cienie się trzymały w należyty sposób, do koszyka wrzuciłam bazę Essence I Love Stage. Czymś trzeba cienie nakładać- tu wybór padł na zestaw pędzli Hakuro. W skład owego zestawu wchodzą pędzle o następujących numerkach: h80, h85, h74, h79 oraz h76. Zauroczył mnie również pędzel do różu Essence, dlatego i on trafił do koszyka. Postanowiłam również zaopatrzyć się w matowy bronzer, wybór padł na Makeup Revolution Ultra Bronze.


Jeśli chodzi o dalszą część nowości, zostałam wybrana do testowania maskary Maybelline Colossal Go Extreme. Jak na razie jestem umiarkowanie zadowolona z tuszu, ale nie wykluczam, że zmienię zdanie na jego temat. W Naturze wrzuciłam do koszyka matowe cienie My Secret w odcieniu 505 oraz 512. W osiedlowej drogerii nie mogłam przejść obojętnie obok miniaturki lakieru Golden Rose. Baza Essence jak widać bardzo lubi się fotografować i już drugi raz zagościła na zdjęciu- oczywiście omyłkowo.


Ze względu na fakt, iż tydzień temu farbowałam włosy i wyszedł mi lekko żółtawy odcień, zaopatrzyłam się w niebieską płukankę Joanny, w której jest fioletowy barwnik. Nieładnie panie producencie, nieładnie. Jeśli chodzi o farbowanie, nie robiłam na jego temat postu, ponieważ użyłam farby Naturia Szlachetna Perła, którą już prezentowałam na blogu. Korzystając z promocji w Rossmannie, wrzuciłam do koszyka odżywkę Gliss Kur Total Repair. Tej wersji jeszcze nie miałam, dlatego jestem bardzo ciekawa, czy spisze się równie dobrze jak jej poprzedniczki. Na portalu ofeminin.pl zostałam wybrana do testowania farby Garnier Color Naturals. Będzie musiała poczekać na swoją kolej jeszcze ok. 2 miesięcy, ponieważ włosy farbowałam w sobotę. 


Ostatnią nowością, jaką Wam dziś zaprezentuję, jest płyn micelarny Garnier do cery normalnej i mieszanej. W Biedronce jest obecnie na niego promocja i możemy go kupić za 12,89 zł. Jest to mój pierwszy micel Garniera i jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi.

Nie przewiduję kolejnego posta z nowościami marca. Zakupów nie planuję :) Ale może coś jeszcze wskoczy do moich zbiorów. Wtedy na pewno Was o tym poinformuję.

wtorek, 3 marca 2015

Rok włosomaniactwa- podsumowanie

Niedawno uświadomiłam sobie, że właśnie na przełomie lutego i marca rozpoczęła się moja przygoda ze świadomą pielęgnacją włosów czyli włosomaniactwem. Wypada więc podsumować moje zmagania w walce o piękne i długie włosy. Myślałam długo nad tym, co Wam w związku z moją małą rocznicą napisać, czy zawrzeć jakieś rady dla osób początkujących, a może polecić Wam kosmetyki, które wywołały rewolucję na moich włosach. Zdecydowałam się na mały misz masz, wszystkiego po trochu :)

Niestety, nie posiadam zdjęć z początków moich starań i świadomej pielęgnacji, ponieważ wtedy jeszcze nie prowadziłam bloga więc zwyczajnie nie widziałam potrzeby robienia zdjęć włosom. Możecie mi jednak wierzyć na słowo, że były w opłakanym stanie. Zresztą, wyobraźcie sobie dwa rozjaśniania w ciągu trzech tygodni w celu zejścia z rudego na blond + nałożenie blond farby. Istny horror dla włosów. Zaczęłam przeglądać strony na temat pielęgnacji włosów i tak zaczęła się moja przygoda, która trwa do dziś. Przede mną jeszcze długa droga do włosów idealnych, niemniej jednak, jest lepiej niż rok temu. Mam nadzieję, że za rok będzie jeszcze lepiej.



Jakie zabiegi sprawdziły się na moich włosach- wysokoporowatych i rozjaśnianych?

1. Olejowanie. Tutaj wypróbowałam oliwkę Babydream fur Mama, Babydream dla dzieci, olej z pestek moreli oraz olej ze słodkich migdałów. Wszystkie spisywały się i spisują nadal znakomicie. Wybieram oleje i mieszanki olei jednonienasyconych. Do olejowania nie mogłam się przekonać, ale gdy już się przekonałam, dosłownie się uzależniłam. Efekty są nieocenione. Te z Was, które olejują włosy regularnie, na pewno podzielają moje zachwyty na temat tej formy pielęgnacji. Włosy olejuję na sucho na całą noc.

2. Kremowanie. Do kremowania włosów używałam masła Isana z granatem, lotionu do rąk Isany oraz kremu Anida z woskiem pszczelim. Jest nieco mniej uciążliwe niż olejowanie, ze względu na brak tłustego filmu na włosach, efekty również są znakomite.

3. Mieszanki. Często robiłam mieszanki składające się z oleju, gliceryny, balsamu/ kremu do rąk, czasem dokładałam np. siemię lniane. Takie mieszanki zostawiałam na włosach na około 30 minut, następnie zmywałam. Efekty również mnie zadowalały. Ostatnio jednak moje pomysły na eksperymenty się wyczerpały i zaprzestałam takim działaniom. Lecz rozważam powrót.

Jakie kosmetyki sprawdziły się na moich włosach i zasługują na wyjątkowe wyróżnienie?

* szampon Babydream- mycie codzienne
* szampony oczyszczające Eva Nature Style, Trzy zioła- oczyszczanie raz na tydzień
* odżywka Garnier Oleo Repair
* maski Kallos- Vanilla, Color, Banana, Chocolate, Milk
* serum Jedwab Green Pharmacy- zabezpieczanie końcówek
* odżywki Gliss Kur z jedwabiem, z olejkami- spray
* odżywka Gliss Kur z jedwabiem do spłukiwania
* maska Gloria
* oliwka Babydream fur Mama, Babydream
* olej z pestek moreli, olej ze słodkich migdałów

Jakie kosmetyki zupełnie się nie sprawdziły?

* maski Biovax
* szampon Garnier Ultra Doux z awokado i masłem karite
* maska i odżywka Alterra z Granatem i Aloesem

Co zmieniłam w pielęgnacji włosów?

* do czesania używam Tangle Teezer oraz szczotki z naturalnego włosia
* włosy związuję gumką Invisibobble lub taką z materiału
* śpię w związanych włosach
* odstawiłam szampony z silnymi detergentami
* nie zrezygnowałam z silikonów- moim włosom bardzo służą
* staram się olejować włosy przed każdym myciem
* odstawiłam prostownicę, lokówki używam sporadycznie
* suszę włosy chłodniejszym nawiewem
* rzadziej farbuję włosy- raz na ok. 2,5 miesiąca
* odżywiam włosy od wewnątrz
* stosuję wcierki
* zaczęłam świadomie wybierać kosmetyki i czytać składy- dzięki temu wiem, co moim włosom służy, a co nie
* raz na jakiś czas wykonuję peeling skalpu
* tanie niekoniecznie znaczy złe!

Błędy, jakie popełniłam, a człowiek na błędach się uczy:) 

* nagromadzenie zapasów
* kupowanie odżywek pod wpływem zachwytów innych osób, a produkty nie sprawdzały się u mnie- ups, nie czytałam składów
* brak cierpliwości w oczekiwaniu na efekty
* nieregularność

Jeśli chodzi o rady dla początkujących włosomaniaczek- nie dajcie się zwariować. Włosy są dla nas, a nie my dla nich. ;) Nie rezygnujcie z tego, co sprawia, że Wasze włosy świetnie wyglądają, tylko dlatego, że tak piszą inne Włosomaniaczki. Mam tutaj na myśli suszenie, farbowanie, szampony z SLS. Wiem po sobie, że dzięki suszeniu jestem w stanie osiągnąć lśniącą taflę włosów, co nigdy nie byłoby możliwe przy naturalnym wyschnięciu. Co do farbowania, mój naturalny kolor włosów zupełnie mi się nie podoba, dlatego nie zrezygnuję z niego. Mam nadzieję, że wynagradzam to moim włosom odpowiednią pielęgnacją. Są włosy, które wyglądają marnie, jeśli oczyszczane są delikatnymi detergentami. Być może Wasze lubią SLSy? Proponuję też zaprzyjaźnić się z olejowaniem, ono naprawdę daje zdumiewające efekty. Jeżeli używacie suszarek/ lokówek- pamiętajcie o zabezpieczeniu końcówek silikonowym serum. I myślę, że to by było na tyle, z czasem odnajdziecie swoje kosmetyki idealne i własne metody pielęgnacji, najlepsze dla Waszych włosów. Systematyczna pielęgnacja, zmiana dotychczasowych przyzwyczajeń i wytrwałość w dążeniu celu to nasi sprzymierzeńcy.