czwartek, 2 kwietnia 2015

Pierwszy makijaż- Makeup Revolution Iconic 3

Dziś przychodzę do Was z nieśmiałym postem, w którym przedstawię Wam mój pierwszy makijaż- wykonany za pomocą paletki Makeup Revolution Iconic 3. Jestem przygotowana na wszelaką krytykę. Niestety, przede mną jeszcze mnóstwo pracy jeśli chodzi o samo wykonanie makijażu, a także o technikę robienia zdjęć oczu. Niezwykle ciężko jest uchwycić rzeczywiste barwy, nie wspominając już o ujęciu. Jednak nieśmiało ujawnię się z moimi zmaganiami, a co mi szkodzi :)




Od kiedy mam paletki MUR, w makijażu dominują u mnie odcienie nude. Kreska standardowo pozostała. Muszę nauczyć się ją rozcierać, ale wszystko w swoim czasie :)


Po nałożeniu bazy, ruchomą powiekę pokryłam cieniem oznaczonym numerem 1 pędzlem Hakuro H79. Łuk brwiowy zmatowiłam matowym cieniem numer 3 przy pomocy pędzla Hakuro H74. W kąciku oka pędzlem H74 zaaplikowałam mieszankę dwóch cieni, oznaczonych numerem 2, od razu rozcierając je tym samym pędzlem. Całość wydawała mi się zbyt błyszcząca, zatem na wszystkie kolory nałożyłam matowy cień oznaczony 4, rozcierając go puchaczem. Na sam koniec zrobiłam kreskę eyelinerem Wibo. 




Do całego makijażu użyłam następujących kosmetyków i pędzli:


* Podkład Rimmel Stay Matte 100 Ivory
* Baza pod cienie Essence I Love Stage
* Puder ryżowy Paese
* Bronzer Makeup Revolution Ultra Bronze 
* Tusz Eveline Magnetic Look
* Eyeliner Wibo
* Tusz do brwi Wibo Eyebrow Stylist
* Pomadka Golden Rose Velvet Matte 07

* Hakuro H50s
* Hakuro H74
* Hakuro H79
* Essence Blush Brush
* No name- pędzel do pudru

Mam nadzieję, że makijaż Wam się spodobał. Jeżeli macie jakieś uwagi lub sugestie- piszcie.
Jestem gotowa na wszystko :)

wtorek, 31 marca 2015

Kwietniowe olejowanie włosów

We wczorajszym poście wspominałam Wam, że zamierzam bardziej zadbać o moje włosy. Ostatnio nie poświęcałam im wiele czasu, zaniedbałam m.in. olejowanie, które dawało (i nadal daje) świetne efekty na moich włosach. Postanowiłam to zmienić i wyznaczyłam sobie cel- olejować włosy przez miesiąc. Przed każdym myciem. Czyli mniej więcej co drugi dzień. Miałam zaczynać od jutra, jednak stwierdziłam, że nadchodzą święta i mogę nie mieć na tyle czasu i możliwości, aby olejować moje kudełki. Ponadto, jeśli znajdą się osoby chętne, chcę również dać im czas, aby przygotowały się do akcji. 
Zawsze starałam się olejować włosy mniej więcej 3 razy w tygodniu, jednak tym razem bardzo ciekawi mnie, jakie efekty zaobserwuję po miesięcznym, niemal codziennym olejowaniu. Stawiam na olej z pestek moreli. Będzie mi bardzo miło, jeśli przyłączycie się do mnie. Wiadomo- w grupie siła. Poza tym, publiczna deklaracja postanowienia na pewno będzie motywująca, pomoże się zmobilizować i poprawić systematyczność. Wiem, że tego typu akcje pojawiały się na popularnych włosach i ktoś może mi zarzucić brak własnej inicjatywy czy kopiowanie pomysłów. Nie mam w zamyśle promować bloga czy coś w tym stylu, chcę po prostu wspólnie z Wami zadbać o włosy na wiosnę.


Jak wyobrażam sobie tą akcję?

1. Początek akcji planuję na dzień 8.04. Po świętach będziemy wypoczęte, wrócimy do codzienności, będziemy miały więcej czasu dla siebie. Akcja trwałaby równy miesiąc, do 8.05.

2. Przed każdym myciem włosów olejujemy je. Dowolną metodą, taką, która Wam najbardziej odpowiada. Ulubionym olejem/ oliwką.

3.  Miło byłoby, gdybyście wykonały zdjęcie przed i po zakończeniu Waszych i moich wysiłków związanych z pielęgnacją olejami. Będzie to niejako wyznacznik efektów naszej pracy.

4. Po zakończeniu akcji, chciałabym otrzymać od Was maile (w temacie Wasz nick oraz adres bloga, jeżeli posiadacie) ze zdjęciami przed i po, a także z krótkim komentarzem na temat wyboru oleju, wrażeniami towarzyszącymi olejowaniu, możecie napisać co chcecie :) Na blogu zrobię wpis podsumowujący nasze starania.

5. Pozostaje mi życzyć powodzenia i wytrwałości. :)


Osoby chętne zapraszam zgłaszania się w komentarzach. Jeżeli macie ochotę, możecie zamieścić banerek na swoim blogu. Mam nadzieję, że miesięczne olejowanie przyniesie spektakularne efekty. Zapraszam do wzięcia udziału :)

poniedziałek, 30 marca 2015

Ulubieńcy marca

Cześć :) Ostatnio znów zaniedbałam bloga, ale tym razem z przyczyn kompletnie niezależnych ode mnie. Przeżyłam chwile grozy, ponieważ laptop nagle padł i zaistniało prawdopodobieństwo, że dysk twardy is dead. Strachu najadłam się jak nigdy przedtem, ponieważ nawet nie pomyślałam o zrobieniu kopii zapasowej. Na szczęście- okazało się to fałszywym alarmem i jedynie odpięły się kabelki od dysku. Wszystkie dane zostały w stanie nienaruszonym i mogłam spokojnie odpalić laptopa, niemniej jednak na trzy dni byłam pozbawiona dostępu do bloga. Z racji zbliżającego się końca miesiąca, mam dla Was już tradycyjnie ulubieńców. Denko pojawi się prawdopodobnie po świętach, ponieważ muszę skompletować puste opakowania. Mam także zamiar ruszyć z małym wyzwaniem- olejowanie włosów przez miesiąc, przed każdym myciem. Obym wytrwała. Jeżeli ktoś jest chętny wraz ze mną zadbać o swoje włosy w sposób bardziej intensywny, zapraszam :)
Nie przedłużając, zapraszam na krótkie słowo o produktach, które wyjątkowo przypadły mi do gustu w tym miesiącu. 


Trzy produkty jakie goszczą w ulubieńcach marca do produkty, które zamówiłam na początku miesiąca. Paletka Makeup Revolution Essential Mattes. Uwielbiam matowe cienie do powiek, a te są świetnie napigmentowane, nie sprawiają problemów w aplikacji oraz utrzymują się długo (choć to zapewne w dużej mierze zasługa bazy). Zamówiłam też Iconic 3, którą również bardzo polubiłam, jednak tą bardziej, a to właśnie ze względu na przewagę matów. Niezwykle pomocny w wykonaniu przyzwoitego makijażu cieniami jest pędzelek Hakuro h74. Nigdy wcześniej nie miałam pędzla do rozcierania cieni i to był mój ogromny błąd! Dzięki niemu wreszcie mogę wykonać ładne cieniowanie z czego jestem bardzo zadowolona. Gdy już udoskonalę moje umiejętności, na pewno będę Wam pokazywać makijaże :) Z firmy Makeup Revolution przypadł mi do gustu również bronzer Ultra Bronze, który jest wręcz idealny dla mojej karnacji. Chłodna tonacja oraz świetne natężenie koloru działają zdecydowanie na jego plus. Pomadka Golden Rose Velvet Matte w odcieniu 07, którą dostałam w przesyłce od kochanej Agatki  podbiła mojej serce. To chyba jedyna pomadka, która wytrzymuje na moich ustach około 3 godzin. Do tego nie podkreśla suchych skórek i wygląda przepięknie. Dziękuję Kochana <3 W zakresie pielęgnacji włosów moim niekwestionowanym ulubieńcem jest odżywka Balea z mango oraz aloesem. Po nieudanej przygodzie z wersją figową nie oczekiwałam cudów. Odżywka nie zawiera silikonów więc tym bardziej nie liczyłam na przyzwoity wygląd włosów. Zostałam pozytywnie zaskoczona. Ale szczegółów Wam nie zdradzę, recenzja na pewno niedługo się pojawi.

Czekam Kochane na Waszych ulubieńców i koniecznie dajcie znać, jeśli macie ochotę na wspólną akcję :)

środa, 25 marca 2015

Tangle Teezer- moja opinia po roku użytkowania

Cześć :) Dziś mam dla Was post mający na celu zaprezentowanie mojej opinii o kultowej szczotce- Tangle Teezer. Używam jej już ponad rok więc myślę, że moim obowiązkiem jest wspomnieć o niej na blogu w nieco dłuższym poście. Nie pojawiła się żadna recenzja na jej temat, ponieważ jakoś tak nie mogłam się do niej zebrać. A przez rok przetestowałam ją naprawdę porządnie, przeżyła swoje, więc myślę, że moja opinia o niej będzie maksymalnie rzetelna i obiektywna.


Gdy weszłam w jej posiadanie, dopiero wkraczałam w świat włosomaniactwa i wszelakich nowinek kosmetycznych. Wiele słyszałam o tej szczotce i me odczucia były niezwykle ambiwalentne. Z jednej strony szkoda było mi pieniędzy na kawałek plastiku, z drugiej- byłam pieruńsko ciekawa, czy rzeczywiście z niej takie cudeńko jak wszyscy piszą. Z pomocą przyszedł narzeczony, który sprawił mi prezent na imieniny w postaci zakupu Tangle Teezer Compact Styler. Zdecydowałam się na taki wariant, ponieważ bez szczotki do włosów nie wychodzę z domu więc wersja z zabezpieczającą nakładką wydała się bardziej praktyczna. Pierwsze wrażenie zarówno moje jak i jego- WTF czemu to takie małe? Kładąc ją obok paczki papierosów były niemal takie same. Z początku czułam się zawiedziona, bo mam gęste włosy więc jak takie maleństwo miałoby dać radę? Po pierwszym rozczesaniu szału nie było. Bałam się też, że włoski się połamią. Chuchałam na nią i dmuchałam, w torebce nosiłam ją w dodatkowym pudełeczku :D

Możecie zobaczyć jaka jest malutka. Pomijam fakt, iż mam duże dłonie, jest ona naprawdę niewielkich rozmiarów. Na początku niezwykle ciężko mi się jej używało. Byłam przyzwyczajona do szczotek z rączką, a tutaj takowej nie ma. Jednak szybko się przestawiłam na takie szczotkowanie. Jeśli chodzi o jej działanie- już od pierwszego użycia byłam zachwycona i ta miłość trwa po dzień dziś. Jej zalety i właściwości przedstawiam Wam w punktach.

1. Tangle Teezer idealnie radzi sobie ze splątanymi włosami, a ja z nimi mam największy problem. To nie jest tak, że szczotka w magiczny sposób rozplątuje nam włosy, kołtuny znikają za jednym pociągnięciem i nie szarpie włosów. Tak dobrze to nie ma. Po prostu włosy o wiele łatwiej się rozczesują, TT ich nie wyrywa (w takiej ilości) jak zrobiłaby to tradycyjna szczotka, ciągnie, ale zdecydowanie słabiej. Pragnę wspomnieć, że podczas rozczesywania muszę dzielić włosy na warstwy, jednak osoby o cienkich/ rzadkich włosach nie powinny mieć z tym problemu.

2. Tangle Teezer nie elektryzuje włosów. Nie mam z tym jakiegoś szczególnego problemu, niemniej jednak podczas używania tradycyjnej szczotki zdarzały się takie incydenty. Tutaj one nie występują.

3. TT sprawia, że włosy stają się lśniące i wygładzone, a łuski domykają się. Robiłam kiedyś test- jedną połowę rozczesałam szczotką z metalowymi ząbkami, a drugą Tangle Teezer. Różnica była diametralna. Niestety nie mam zdjęć z tego eksperymentu, a tradycyjne szczotki wyrzuciłam do kosza. Poniżej przedstawiam Wam zdjęcia włosów po przeczesaniu TT.






4. Jej rozmiar, który na początku wydawał mi się wadą, jest jej ogromną zaletą. Mieści się nawet w najmniejszej torebce. Dzięki osłonce nie niszczy się struktura ząbków. Po roku użytkowania jest lekko porysowana, ale rysy te nie są ogromnie widoczne.

5. Jest niezwykle wytrzymała. Wierzcie mi, że przeżyła wiele upadków. Czasem miałam wrażenie, że już po niej. Ale nic jej się nie stało, zero uszkodzeń mechanicznych. 

6. Bardzo łatwo utrzymać ją w czystości. Nie wymaga specjalnego mycia, wystarczy woda, mydło i szczoteczka do paznokci. 

7. Idealnie się nadaje do masażu skóry głowy i... pleców :D W obu rolach sprawdza się niezwykle przyjemnie.

8. Mimo tego, że po roku ząbki nieco się powyginały, jej właściwości nie zmieniły się ani trochę. Żaden ząbek nie uległ złamaniu, niektóre są tylko lekko wygięte.


  Jak widzicie, odkształcenia są, ale naprawdę nie wpływa to na jakość użytkowania szczotki.


Z pewnością znalazłoby się jeszcze kilka zalet, które w momencie pisania tego posta nie przyszły mi do głowy. Jeśli chodzi o wady szczotki, to na pewno jest to jej cena- oscyluje w granicach 40 zł. Mimo wszystko to dość spory wydatek jak na czesadło. Dostępność również nie powala na kolana, choć akurat w tym aspekcie sprawa idzie w dobrym kierunku. Szczotkę możecie kupić w Hebe, widziano ją w Piotrze i Pawle, ja widziałam ją w Drogerii Marysieńka, a chodzą słuchy, że widziano ją w Rossmannie. Wtedy oszczędzamy na kosztach wysyłki. Myślę, że Tangle Teezer sprawdzi się na każdym rodzaju włosów. Używam jej już ponad rok i przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie czesania normalną szczotką. Swoją zawsze mam przy sobie. W zapasie mam jeszcze jeden egzemplarz, który wygrałam w rozdaniu, więc nie obawiam się kosztów zakupu nowej. 

Jeżeli jeszcze nie miałyście do czynienia z Tangle Teezer i wahacie się nad jej zakupem- śmiało możecie się na nią skusić. Rozumiem, że nie każdego stać na wydanie takiej kwoty, czy też najzwyczajniej w świecie szkoda Wam 40 zł na szczotkę do włosów, zasugerujcie bliskim, że dostanie jej na prezent byłoby wspaniałym obrotem sytuacji :) Jeśli macie problemy z rozczesywaniem włosów (ja głównie z takich pobudek zapragnęłam ją mieć), Tangle Teezer może na zawsze wybawić Was z opresji :)

poniedziałek, 23 marca 2015

Babydream Krem chroniący przed zimnem i wiatrem

Witajcie Kochane :) Choroba już prawie odpuściła, ale nie zdziwiłoby mnie to, gdyby za dwa tygodnie była powtórka. Muszę zrobić coś z tą moją odpornością, bo idzie się wykończyć. Może macie jakieś sprawdzone (najlepiej domowe) sposoby na zwiększenie odporności? Chętnie bym wypróbowała Wasze pomysły. Głównym bohaterem dzisiejszego postu jest krem Babydream, który ma za zadanie chronić skórę dziecka przed wiatrem i zimnem. A z racji tego, iż każdy z nas jest dzieckiem do końca życia, postanowiłam go wypróbować na swojej facjacie.


Krem kupiłam z myślą ukojenia przesuszonej skóry, z którą zmagałam się dość długi czas. Podkład nieładnie podkreślał suche skórki, skóra mimo nawilżania w dalszym ciągu pozostawała sucha, ogólnie nie było zbyt dobrze. Postanowiłam więc kupić krem dla dzieci, a że Babydream był w promocji za 4 zł- zaryzykowałam. Stwierdziłam, że najwyżej zużyję go do kremowania dłoni. Bałam się, że krem mnie zapcha i pojawią się niespodzianki. Na szczęście wersja pesymistyczna się nie sprawdziła nawet w 1% :)


Tak o kremie pisze producent:

Babydream krem ochronny przed wiatrem i zimnem dla niemowląt i dzieci niezawodnie chroni skórę przed zimnem, wiatrem i wilgocią. Olej z awokado i pantenol chronią skórę przed utratą wilgotności i utrzymują jej naturalną równowagę. Rumianek koi wrażliwą skórę. Wysokowartościowy olej słonecznikowy intensywnie pielęgnuje skórę. Krem jest idealny również dla wrażliwej skóry dorosłych. Produkt gwarantowanej jakości:

- nie zawiera barwników i substancji konserwujących,
- nie zawiera oleju mineralnego i parafinowego,
- tolerancja przez skórę potwierdzona dermatologicznie.

Skład:


Zacznę od spraw technicznych. Krem znajduje się w 75 ml tubce, dostaniemy go w każdym Rossmannie. Cena to max. 5 zł, w promocji kupimy go za 4 zł. Za taką pojemność i działanie- rewelacja! Krem bez problemu wypływa z tubki, już przy lekkim naciśnięciu. Używam go regularnie od ponad miesiąca, a mam jeszcze około 1/3 opakowania. Zapach kremu bardzo mi się podoba, jest charakterystyczny dla linii Babydream. Konsystencja dość gęsta, biała, łatwo rozprowadza się na skórze. Pozostawia tłustą warstwę, więc używałam go tylko na noc. W składzie nie ma parafiny, co mnie bardzo ucieszyło i zapewne ucieszy wiele z Was. Sam skład jest bogaty w różnego rodzaju oleje. Jeśli chodzi o działanie, bo tego jesteście na pewno najbardziej ciekawe- rewelacja! Jestem tak mile zaskoczona tym kremem, że polecam go dosłownie każdemu. Jak wspomniałam, kupiłam go z myślą pozbycia się suchych skórek i w tym mi pomógł. Już po kilku użyciach problem ten diametralnie się zmniejszył. Z początku aplikowałam go dość ostrożnie, cieniutką warstwę, na noc. Gdy zobaczyłam, że nie szkodzi mojej cerze, zwiększyłam grubość warstwy. Rano buzia jest idealnie nawilżona i świeża. Suche skórki odeszły w niepamięć. Na dłonie nałożyłam go dwa razy, również sprawdził się świetnie, ale jednak stawiam na standardowy krem do rąk. Zastosowanie również znalazł podczas kataru, gdy pojawiły się nieestetyczne skórki w okolicy nosa. Niestety, katar u mnie przebiega bardzo ostro, co wiąże się z koniecznością częstego opróżniania dróg oddechowych. Po dwóch dniach aplikowania grubej warstwy kremu na noc po skórkach nie ma śladu. Krem, choć dość ciężki, nie spowodował wysypu niedoskonałości. Reakcja alergiczna również się nie pojawiła, ale ja nie jestem osobą podatną na alergie i uczulenia. Zatem, jeżeli szukacie kremu, który pomoże Wam w walce z suchą skórą, śmiało możecie postawić na Babydream. :)